wtorek , 18 Wrzesień 2018
Newsy
Strona główna / MLS / Aktualności / #2 Pamiętniki z Miasta Aniołów 2

#2 Pamiętniki z Miasta Aniołów 2

12:00, StubHub Center, Carson

Promienie słońca odbijają się od żywo zielonej murawy podmiejskiego stadionu. Atmosfera jest zdrowa, choć gorąca. W końcu to derby LA. No w tym Carson i Los Angeles, ale to nadal derby metropolii Los Angeles.
– John? – mężczyzna ubrany w elegancki, szyty na miarę garnitur z błyszczącymi czarnymi okularami usadowionymi na nosie spojrzał w kierunku swojego towarzysza ubranego dokładnie w ten sam sposób. – Czemu ci nasi nie kibicują?
– Jak to czemu? To kibice elitarnego klubu – odpowiedział z powagą. – My nie schodzimy poniżej pewnego poziomu.

Godzinę później, StubHub Center, Carson

Mężczyźni nadal pozostawali w niezmienionych pozycjach. John wyglądach na niewzruszonego, lecz jego rozmówca, no cóż, nie był tak dobrym aktorem. Jego ciemna, opalona karnacja, nie była już ani ciemna, ani opalona – przybrała natomiast kolor, który mocno kojarzył się z Kalifornią. Co prawda nie z LA, a z położonym 550 kilometrów na północ San Francisco, ale jednak. Był psychodelicznym dzieckiem kwiatów i to dosłownie.
– John? Czemu nie zakontraktowaliśmy tego Veli?
– Bo grał w Hiszpanii – spojrzał się na rozmówce z lekkim niedowierzaniem. – Skąd ty bierzesz te kretyńskie pytania?
– Bo teraz gra u nich. Irytuje mnie to.
– Też wolałbym, żebyśmy wygrywali, ale mamy braci Dos Santos.
– Nie ma ich nawet na ławce.
– Sezon jest długi. Nadrobimy. W końcu jesteśmy…
– 5-krotnymi mistrzami MLS – dokończył za Johna z zażenowaną miną. – I poniżej pewnego poziomu nie schodzimy.
– Nie schodzimy poniżej pewnego poziomu. Prawie ci się udało.

Nieco niżej

 

– Trzy zero – załamany Emrah spojrzał na murawę ze wściekłością, którą podburzył brak wiary w możliwy sukces.
– Nie martw się, zajmę się tym…

że nam oczy zaszły mgłami;

pieścimy się jeno snami”

Nie, nie zażywałem Dekstrometorfanu, ani żadnej Psylocybiny. Po prostu widząc nędzę, która aż wylewała się z gry Los Angeles Galaxy, do mojej głowy napływały coraz to nowe, znane bądź mniej znane cytaty, frazy, fraszki, powiedzonka. Umysł każdego człowieka ma to do siebie, że w pewnym momencie „passuje”. Nie może znieść, że oglądasz coś tak słabego i w pewnym momencie przemawia: „nie, nie kolego/koleżanko tobie już na dziś wystarczy”. Ty jednak nadal próbujesz walczyć, wmawiając sobie, że może być tylko lepiej, że może w końcu się uda.

Jedni wykonują krótki trening polegający na powstaniu z łóżka, intensywnym spacerze w kierunku lodówki i wyciągnięciu z jej zawartości butelki zimnego piwa, inni przegadują resztę meczu z towarzyszami niedoli, co jakiś czas spoglądając kątem oka na ekran. I są również tacy jak ja, którzy do normatywnych metod dokładają wyimaginowaną reprodukcje pięknej, zamierzchłej, tak bliskiej i tak dalekiej przeszłości w akompaniamencie naiwnego wokalu Syda Barretta i melancholijnej barwy Richarda Wrighta śpiewających: „Dlaczego nie możemy żyć jak dawnej?”.

Bądźmy szczerzy – nikt z was tak naprawdę nie wierzył, że Galaxy mogą z tego wyjść, dajmy na to w 55 minucie przy stanie 0:3 i katastrofalnej grze. Bardziej prawdopodobne były kolejne gole dla LAFC, ponieważ im od początku tego meczu się chciało. W zasadzie na tym się to wszystko opiera. Jak jesteś lekarzem, nie uratujesz komuś życia, jeśli nie będzie ci się chciało. Jak jesteś szewcem, nie naprawisz komuś butów, jeżeli nie miał takiej wewnętrznej potrzeby. Jeżeli jesteś […]. Nie wymieniałem dalej, żebym zbytnio się nie rozpędził – reasumując nasze dotychczasowe podważania. Jeżeli nie założysz rękawic, nie zbijesz swojego wroga.

Zadecydował przypadek. Całe życie jest jednym wielkim przypadkiem. Przypadki chodzą po ludziach. Niekontrolowane poślizgi i opłakane w skutkach upadki również. Steven Gerrard coś o tym wie.

Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.

Gol na 1:3 jest momentem absolutnie kluczowy tego pojedynku. Z tak gównianej akcji pada bramka, która w brutalny sposób, nawet nie podcina, a wydziera, wyrywa, wycina głęboko spod skóry skrzydła, a następnie oblewa benzyną, doszczętnie spala i zakopuje je 20 metrów pod ziemią.

Witaj w dżungli Zlatanie, z każdym dniem jest tu coraz gorzej.

Witaj w Zlatanie dżunglo, z każdym dniem będzie tu coraz lepiej.

Minuty nieubłaganie upływają. Czas to dość specyficzna jednostka. Czasem dłuży się w nieskończoność, w tym przypadku ucieka niczym struś pędziwiatr, którego niezwykła prędkość zrywa asfalt z pustynnych szos Arizony. Tysiące twarzy, każda z nich tak różna, każda z nich tak samo zestresowana. Dla niektórych to tylko mecz. Dla innych wojna, co prawda bez krwi i śmiertelnych ofiar, ale jednak wojna. Generał Bradley spogląda kamiennym wzrokiem na człowieka, który za chwilę wkroczy pewnym krokiem na pole bitwy i będzie starał się dowieźć swej wielkość. Nadszedł ten moment. Wielki powrót, a zarazem pierwszy krok. Skandynawski heros, potępione dziecko Europy, bohater na wygnaniu – postać tak nieszablonowa i wyjątkowa, że aż niemożliwa do poddania jednoznacznemu wyrokowi. To jego czas. Jego miejsce. Show must go on.

***

Stało się to, co nie miało prawa się wydarzyć. To było tak abstrakcyjne, że wykraczamy poza szerokie wody surrealizmu. Podejrzewam, że nawet Ibra, który jest okrutnie pewny swoich możliwości, nie wierzył, że jego 20 minut tak mocno spustoszy przeciwników. [Co prawda anegdotka z trzeciej scenki jest autentyczna, niemniej słowa to słowa, a prawdziwa wiara to zupełnie inne zagadnienie.] 3 bramki w 20 minut?! Jak?! Rozumiem wiele rzeczy, ale utrata trzech goli w kończących 20 minutach jest chora…

Sam nie wiem na kim skupić większą uwagę… Czy na totalnej padlinie, jaką stali się LAFC, czy na Zlatanie, który ustrzelił tę zwierzynę i sprawił, że stała się tą padliną.

Nie no analiza taktyczna w Pamiętnikach… Nikt nie czyta tej serii po to, żeby się dowiedzieć, czy lepiej zagrał Latif Blessing, czy może Ema Boateng (kurde miała wyjść konfrontacja z oczywistym zwycięzcą – nie wyszło) – szanuję was czas, swój zresztą również. Dlatego skupie się na Zlatanie i nie dlatego, że darzę go jakąś ogromną sympatią – w tym momencie to sobie wyjaśnijmy, żeby nie było żadnych wątpliwości, a z powodów tylko i wyłącznie sportowych. Dokonał rzeczy, której nie potrafiłoby powtórzyć 98 na 100 piłkarzy z 5 najmocniejszych liczb na świecie.
Wszedł na boisko po roku przerwy od poważnej piłki, strzelił dwie kluczowe bramki i zszedł z boiska. Można powiedzieć – cholera, oto minął kolejny dzień pracy. Jak zajebiście!
Oczywiście od razu moi ukochani „znawcy” w Polsce rozpętali niesamowitą burzę obrzucania ligi najgorszymi obelgami:
„Zlatan zje tą ligę” – poprawna forma to „tę”, tak na przyszłość przyjaciele.

„Zlatan jest Bogiem tej ligi” – kolejny błąd, poprawna forma to „bogiem” – uwierzcie, chciałbym, żeby naprawdę tak było. Zlatan jako bóg, który obdarzy proroków: Romaina, Giovaniego i Jonathana swoją łaską, a ci zaczną nauczać wiernych i doprowadzą LA Galaxy do mistrzostwa. Piękny, iście Hollywoodzki scenariusz.

Kończąc na komentarzach o wiele bardziej znanych (znanych nie równa się lepszych) dziennikarzy ode mnie – no tak, ale w USA cały czas gra się rekreacyjnie. Pozwolicie, że w tym miejscu zacytuję Pawła Zarzecznego” Lepiej wszelkich mądrych spostrzeżeń nie mówić głośno, bo spalą na stosie, jako heretyka. „i postawie kropkę przez wrodzoną grzeczność.

Zlatan rzeczywiście może wprowadzić tę ligę za rączkę dwa poziomy wyżej. Jest jednym z najlepszych piłkarzy ostatnich kilkunastu lat, więc czemu miałoby mu się to nie udać. Szanuję go za to, że wybrał skromne 3 miliony w Los Angeles niż 153 miliony w Szanghaju. Szanuje, że nadal chce wygrywać, bo to cechuje prawdziwych mężczyzn. Szanuje, że zapytany o bramkę Cristiano Ronaldo zdobytą przez Portugalczyka przewrotką w meczu z Juventusem, uszczypnął piłkarza Królewskich w nos, mówiąc coś w stylu: szanowałbym, gdyby uderzył tak z 40 metrów. Myślę, że to idealne podsumowanie tego, co się wydarzyło w ostatnim tygodniu. Niedługo widzimy się ponownie.

Strzałka…

Autor: Wiktor Sobociński

Wiktor Sobociński
Zastępca Redaktora Naczelnego | Pochodzi z Bydgoszczy i mimo młodego wieku o sporcie w USA wie bardzo dużo. Sportem interesuje się od dziecka i żadnej dyscyplinie nie zamyka drzwi – ot, to fan sportu jak się zowie. Z MLS związany formalnie od 2014 roku, jednak historii tej znajomości należy się doszukiwać kilka ładnych lat wcześniej. Z chęcią przygląda się grze Chicago Fire i LA Galaxy. Do jego pasji można również zaliczyć stare filmy oraz oldschoolową muzykę (lata 50.-80.).

Zobacz również

Połowa sezonu w wykonaniu młodych, cz. 2: wychowankowie

Każdy, kto przynajmniej raz obejrzał mecz MLS w ciągu ostatnich sezonów, z pewnością nie powiela ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *