wtorek , 18 Wrzesień 2018
Newsy
Strona główna / MLS / Drużyny MLS / LA Galaxy / #4 Pamiętniki z Miasta Aniołów 2

#4 Pamiętniki z Miasta Aniołów 2

Czymże jest kwartał w porównaniu z bezgranicznością nieskończoności. 3 miesiące. Ponad 90 dni. W godziny nie będziemy się bawić, bo jeszcze ktoś mi wytknie błąd, a tego byśmy nie chcieli. Przez ten czas w Los Angeles nie zmieniło się zbyt wiele. Oprócz tego, że Król James zamienił blokowiska w Cleveland na urokliwe, potężne osiedla mieszkaniowe w Beverly Hills, a temperatury w Kalifornii są niższe niż w Polsce…

Hollywood nadal wydaje coraz to droższe i coraz to gorsze filmy, Charlie Sheen nadal konkretnie imprezuje, młode panny z najdalszych zakątków świata nadal przyjeżdżają, myśląc, że uda im się zrobić wielką karierę, a LAFC nadal nie potrafią wygrać z LA Galaxy… Taki pstryczek w nos kochani kibice LAFC – nic osobistego. Cóż jeszcze powiedzieć, skoro wszystko zostało już powiedziane.

Zapraszam na Pamiętniki z Miasta Aniołów.

***

Z 0:2 do 2:2 vs LAFC.
Z 0:1 do 3:1 vs Phily.
Z 0:1 do 3:2 vs NE.
Z 0:1 do 4:3 vs Orlando.

Cztery mecze. Trzy zwycięstwa, jeden remis. W każdym trzeba było odrabiać straty. Nie wiem, czy to nowa taktyka panie Schmid, jeżeli tak to kłaniam się po kolana, bo myślę, że Nikola Tesla nie wynalazłby czegoś równie przełomowego. Nie da się ukryć, że Galaxy są najbardziej irytującą drużyną w tej lidze. Nie mogą choć jeden raz zdominować rywala tak od początku do końca – muszą drażnić, popełniać błędy na poziomie żaczków, a następnie przebudzać się na krótszy, bądź dłuższy okres…

[No dobra wyłączmy z rozważań wysoko wygrany mecz z Columbus, bo do dziś nie wiem, dlaczego The Crew doznali tak gwałtownego i potężnego zaćmienia.]

Pomimo tego, że Galaxy w wielu momentach grają beznadziejnie, a zespół nie przypomina zespołu, tylko jak zbiorowisko drogocennych części samochodu porozrzucanych na podłodze, których w żadnej kombinacji nie da się ułożyć w jedną, spójną całość – zajmują trzecie miejsce w swojej konferencji. Jak do tego doszło? Sprawa jest banalnie prosta, taktyka prymitywna niczym plan na życie jaskiniowca: skrzydło, dośrodkowanie, strzał. Jest jeszcze druga opcja. Podanie do Zlatana, strzał. Ostatnią deską ratunku są stałe fragmenty, czyli nieliczna aspekt gry, który Kalifornijczycy opanowali prawie do perfekcji.

Napiszecie, że czepiam się szczegółów, że wygrywają, a ja narzekam, żeby narzekać. Ok, na razie wygrywają. Ok, pewnie dostaną się do fazy play-off, ale co dalej?

Krytykę Galaxy mogę już sobie odhaczyć. Nie samym hejtem człowiek żyje, chociaż napisałem samą prawdę – myślę, że konstruktywnie. Jeżeli niekonstruktywnie, przepraszam.

Przejdziemy teraz do czegoś pozytywniejszego. Uwaga pochwalę osoby zarządzające polityką transferową LA Galaxy. Działacze klubu z Carson mają to do siebie, że raz na rok udaje im się podpisać kontrakt z wartościowym piłkarzem. W 2017 Romain Alessandrini. W tym roku Zlatan. Przyznaję się bez bicia, miałem mieszane uczucia. Niby fajnie, bo Zlatan – jak nie będzie błysku na boisku (a w Manchesterze United nie było nawet promyczka), to chociaż będzie niszczył w mediach. W tym nie ma sobie równych.

[Dobra wypowiedź o stadionie LAFC była żenująco niskich lotów, ale zdarza się najlepszym.]

Okazuje się jednak, że Ibra dalej jest piłkarzem z prawdziwego zdarzenia. Naprawdę. Gra świetnie. Może tak – nie gra z gracją łyżwiarki figurowej, ale ma liczby, a głównie z tego powinno rozliczać się napastników.

Jeżeli Gio Dos Santos, Romain Alessandrini i Ola Kamara zaczną dawać zespołowi jeszcze więcej (szczególnie ten pierwszy), to z tej mąki, może jednak będzie chleb. Może, bo nie dałbym sobie uciąć ręki za LA Galaxy.

Kiedyś może tak. Dawno, dawno temu…

***

Jeżeli kiedykolwiek powiem wam coś w stylu: stawiaj na nich. Nie słuchajcie. Jeżeli będę uparcie drążył temat: zastaw nawet samochód, jacht, mieszkanie – pewniaczek, na pewno się uda. Nie słuchajcie.

Oczywiście żartuję, bo nie mam zamiaru namawiać nikogo do hazardu, ale prawdą jest, że moja skuteczność poprawnego obstawiania wyników MLS jest na żałośnie niskim poziomie. Nawiązuje oczywiście do kompromitacji LAFC. Już nawet pal licho, że przegrali. Można przegrać. Zdarza się najlepszym. Porażka ludzka rzecz, ale nie w stosunku 1:5 i nie z Minnesotą. Nie twórzcie żadnych teorii spiskowych, jakobym uważał podopiecznych Heatha za chłopców do bicia… Skądże. Uważam ich za przeciętny zespół w ponadprzeciętnej formie, z którym dobry nie powinien był przegrywać w takim rozmiarze. Quintero i spółka rozebrali pomoc i obronę na czynniki pierwsze, a następnie spalili każdy element tych dwóch formacji w wielkim, ceglanym piecu i puścili z dymem w powietrze – bez żadnych sentymentów.

Tak to właśnie wyglądało. Pierwsza strzał w szczękę, bardzo bolesny. Dość szybka odpowiedź na adrenalinie, która jak się później okazało, kompletnie nic nie dała. Chociaż nie, dała – całą serię brutalnych ciosów. Drugi, trzeci, czwarty i piąty, po których piłkarze LAFC poczuli się jak rywal Butcha Colidge’a z legendarnej produkcji Pulp Fiction Quentina Tarantino.

Można to nazwać wypadkiem przy pracy, zlekceważeniem rywala (co byłoby dość głupim posunięciem, analizując głębiej dobrą formę MNUFC). Można to nazwać jakkolwiek, ale nie można nie wyciągnąć konsekwencji. Orlando City sprzed roku są tego najdobitniejszym przykładem. Do ósmej kolejki prowadzili w tabeli, a niby wliczona w koszta porażka z Toronto ściągnęła ich na samo dno Pacyfiku, przy którym tkwią po dziś dzień.

I tak też niecały tydzień po porażce ludzie w garniturach zaczęli przeczesywać światowy rynek transferowy. Południowoamerykańskie źródła donoszą, że Danilo Silva (Internacional Porto Alegre) jest już po słowie z LAFC. Informację potwierdził wiceprezydent klubu z Brazylii Robert Melo. Przypuszczam więc, że podpisanie kontraktu to kwestia najbliższych kilku dni.

To jest podstawowa różnica między siostrami z Miasta Aniołów. Zresztą tych podstawowych różnic jest tyle, że zastanawiam się, czy to aby na pewno siostry. Jedni mogą przegrywać w pięciu kolejkach z rzędu, nie wyciągając żadnych konsekwencji – w końcu jesteśmy nad kreską, co złego może się stać. Drudzy po jednym gorszym (fatalnym, tragicznym, makabrycznym) meczu zaczynają zmieniać, modyfikować, szukać.

W El Tráfico kolejny raz LAFC byli lepszą drużyną. Co prawda nie wygrali, ale wszystko wskazuje na to, że faux-pas z Minnesotą to tylko jednorazowy „wyczyn”.

***

Plan na najbliższe dwa tygodnie? LAFC zagrają cztery bardzo nieprzyjemne spotkania: jedno w pucharze, trzy w lidze. Jeszcze dwa tygodnie temu napisałbym, że mają tak ogromną siłę rażenia, że przejdą przez nie jak burza. A teraz? Teraz będę bardziej kalkulował. Z NY Red Bulls na wyjeździe jeden punkt będzie dobrym wynikiem. Pucharowe starcie z Dynamo odpuszczamy, bo wiadomo, że liczy się tylko zwycięstwo i żaden inny rezultat nie wchodzi w grę. Następni w kolejce Sporting Kansas City, którzy w porównaniu z początkiem sezonu znacząco obniżyli loty i warto by było to wykorzystać.

Czwartym i ostatnim przeciwnikiem jest Real Salt Lake. Niby przeciętny zespół, ale jednak żądny krwi, bo walczy o szóstkę. W normalnych warunkach, a zwłaszcza u siebie podopieczni Boba Bradleya nie powinni mieć z nimi większych problemów, więc w tym miejscu również obstawiam „1 z X”.

Pan Terminarz jest dla Galaxy o wiele bardziej łaskawy. Dwa mecze z Colorado Rapids: najpierw na wyjeździe, dziesięć dni później u siebie, a w międzyczasie Minnesota, także w Kalifornii. Co powinienem napisać? Najprościej byłoby: Los Angeles Galaxy zdobędą 9 punktów i umocnią się na trzeciej pozycji w swojej Konferencji, a może i awansują wyżej, na pozycję premiowaną bezpośrednim awansem do półfinałów Zachodu. Chciałbym, żeby tak było, ale znając moich ulubieńców, gdzieś się wyłożą. A znając ich jeszcze lepiej, mogą zrobić to nie jeden raz. 

Tym refleksyjnym zdaniem kończymy czwarte Pamiętniki w tym roku. Wiem, że moje tempo nie jest zawrotne, ale to wszystko kalkulacja. Przecież mamy przed sobą trzy miesiące sezonu regularnego i play-offy. Galaxy dawno nic nie wygrali, więc wypadałoby, no wiecie, dołożyć szósty puchar do kolekcji. Oczywiście żartuje. Oglądając mecz Atlanty, NYCFC, czy chociażby LAFC, a zaraz potem LA Galaxy można dostać skrętów jelit i odruchów wymiotnych – jednocześnie.

Dziękuje Wam, że znowu tu jesteście. Widzimy już niedługo. Na pewno nie za trzy miesiące. Kłaniam się nisko.

PS. Znów o tym zapomniałem.

Stabilność posady:

Sigi Schmid – 85%
Bob Bradley – 91%

Miłego popołudnia/poranka/wieczoru/nocy. 

[Kurtyna w dół]

Autor: Wiktor Sobociński

Wiktor Sobociński
Zastępca Redaktora Naczelnego | Pochodzi z Bydgoszczy i mimo młodego wieku o sporcie w USA wie bardzo dużo. Sportem interesuje się od dziecka i żadnej dyscyplinie nie zamyka drzwi – ot, to fan sportu jak się zowie. Z MLS związany formalnie od 2014 roku, jednak historii tej znajomości należy się doszukiwać kilka ładnych lat wcześniej. Z chęcią przygląda się grze Chicago Fire i LA Galaxy. Do jego pasji można również zaliczyć stare filmy oraz oldschoolową muzykę (lata 50.-80.).

Zobacz również

#5 Pamiętniki z Miasta Aniołów 2

Hollywood jest zmienne jak kobieta. Kto wie, może Hollywood jest kobietą. Co w takim razie ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *