wtorek , 23 Kwiecień 2019
Newsy
Strona główna / MLS / Aktualności / MLS zawitało do Cincinnati – podsumowanie 3. tygodnia

MLS zawitało do Cincinnati – podsumowanie 3. tygodnia

Piłka nożna w USA i Kanadzie wróciła na dobre! Za nami trzeci tydzień rozgrywek Major League Soccer, a działo się wyjątkowo dużo: FC Cincinnati rozegrali pierwszy mecz w MLS przed własną publicznością, Wayne Rooney strzelił hat-tricka, Sounders tym razem nie mają zamiaru tracić punktów na początku sezonu, Minnesota United po świetnym początku została zatrzymana przez LA Galaxy, a to i tak nie wszystko. Zapraszam do zapoznania się z podsumowaniem 3. tygodnia MLS.

Pierwsza wygrana FC Cincinnati

Od samego początku poprzedniego tygodnia mieszkańcy Cincinnati żyli pierwszym meczem swojej drużyny w MLS na własnym stadionie. Kapitalna atmosfera na ulicach Ohio, przemarsz kibiców i stadion wypełniony do ostatniego miejsca. 32 250 kibiców (sold out) wspierało piłkarzy Alana Kocha podczas meczu z Portland Timbers. Warto zerknąć na to, co działo się na ulicach Cincinnati tuż przed meczem. Kibice w USA żyją piłką nożną!

Początek spotkania należał do gospodarzy. Już w 15’ do siatki trafił Kendall Waston po stałym fragmencie gry. Kapitan FC Cincinnati od samego początku do samego końca trzymał w ryzach swój zespół. Portland Timbers mieli problem od pierwszych minut, m.in. dlatego że w pierwszym składzie nie zagrał Diego Chara. Od 2011 roku Drwale wygrali zaledwie dwa mecze na dwadzieścia sześć bez Chary w składzie. W dodatku Giovanni Savarese wystawił mocno eksperymentalną jedenastkę. Portland Timbers po stracie gola zmienili też ustawienie z 4-2-3-1 na 4-1-4-1, ale na niewiele się to zdało. Byli co prawda częściej pod bramką rywala, ale między słupkami świetnie spisywał się Spencer Richey, który zastępował kontuzjowanego Przemka Tytonia (swoją drogą Przemek powinien wrócić na następny mecz z NE Revolution).

Jak się okazało, to nie był koniec problemów Portland Timbers. W drugiej części gry boisko z drugą żółtą kartką Larrys Mabiala. Zanim to jednak nastąpiło, piłkarze FC Cincy zabawili się z obroną Drwali i piłkę do siatki wpakował Allan Cruz, a niecałe dwie minuty później Mathieu Deplagne. W obu przypadkach możemy mówić o ośmieszeniu piłkarzy drużyny przeciwnej. Zawodnicy Alana Kocha rozegrali bardzo dobry mecz i wykorzystali słabości przeciwnika. Dzięki temu kibice zgromadzeni na Nippert Stadium mogli podziwiać pierwszą wygraną swoich ulubieńców w MLS.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

FC Cincinnati 3:0 Portland Timbers (skrót)

1:0 Kendall Waston (Leonardo Bertone) 15’

2:0 Allan Cruz 61’

3:0 Mathieu Deplagne (Darren Mattocks) 63’

Hat-trick Rooneya

D.C. United przed własną publicznością są na ten moment jedną z najlepszych drużyna w całej lidze. Można nawet zaryzykować, że najlepszą. W ostatnim meczu piłkarze Bena Olsena rozgromili Real Salt Lake 5:0. Po pierwszej połowie gospodarze prowadzili 2:0 po dwóch golach Wayne’a Rooneya. Wtedy przewaga D.C. United była znacząca, ale nie była to jeszcze dominacja. Przed zmianą stron boisko opuścił jednak Jefferson Savarino (atak wyprostowaną nogą na twarz Luciano Acosty) z bezpośrednią czerwoną kartką, co znacznie osłabiło gości.

W dodatku Mike Petke od 67’ musiał sobie radzić w podwójnym osłabieniu (druga żółta kartka dla Marcelo Silvy). Dwie minuty wcześniej hat-tricka skompletował Wayne Rooney. Dla Anglika był to pierwszy hat-trick w historii występów w MLS. Jest to również pierwszy hat-trick w tym sezonie MLS. Piłkarze Realu Salt Lake nie mieli zbyt wiele do powiedzenia, a prowadzenie D.C. United podwyższyli jeszcze Lucas Rodríguez (pierwsza bramka w MLS, kapitalne trafienie) i Ulises Segura. Piłkarze Bena Olsena będą w tym sezonie piekielnie mocni na Audi Field i nie tylko. Na ten moment ich bilans przedstawia się następująco: 2 wygrane – 1 remis – 0 porażek; bramki – 7:0.

D.C. United 5:0 Real Salt Lake (skrót)

1:0 Wayne Rooney (rzut karny) 34’

2:0 Wayne Rooney (Leonardo Jara) 41’

3:0 Wayne Rooney (Júnior Moreno, Luciano Acosta) 65’

4:0 Lucas Rodríguez (Wayne Rooney) 76’

5:0 Ulises Segura (Júnior Moreno) 80’

Sounders z kompletem punktów

Kolejnym bardzo mocnym zespołem w tym sezonie będą oczywiście Seattle Sounders. Tym razem nie mamy jednak do czynienia ze słabym startem i rozkręcaniem się w miarę upływających tygodni, a podopieczni Briana Schmetzera zgarniają po prostu kolejny komplet punktów. Po trzech tygodniach mają na koncie trzy wygrane i dziewięć punktów. Ostatnią ofiarą Sounders byli zawodnicy Chicago Fire.

Seattle Sounders podobnie jak w meczu z Colorado Rapids rozpoczęli bardzo mocno, bo już po piętnastu minutach prowadzili 2:0. Chemia pomiędzy ofensywnymi piłkarzami Sounders jest nieprawdopodobna. Pod wodzą Nicolása Lodeiro świetnie spisuje się cały zespół, ale to ofensywa robi największe wrażenie. Oprócz Urugwajczyka należy pochwalić Jordana Morrisa, Víctora Rodrígueza i Raúla Ruidíaza. Przy dobrze naoliwionej maszynie rywale nie mają najmniejszych szans, a każdy błąd jest wykorzystywany (jak np. strata piłki Frankowskiego, która doprowadziła do drugiej bramki dla rywali).

Veljko Paunović już w pierwszej połowie wymienił dwóch bocznych obrońców (Diego Campos, Nicolas Hasler) na Raheema Edwardsa i Brandta Bronico, zmieniając nieco ustawienie Strażaków. To wejście Kanadyjczyka było kluczowe dla Chicago Fire. Edwardsowi daleko do lewego obrońcy, ale na lewym wahadle lub skrzydle czuje się znakomicie. To właśnie on zrobił najwięcej szumu i dał impuls do ataku. Był również autorem gola na 1:3. W drugiej części gry Chicago Fire byli znacznie groźniejsi, ale to goście cały czas kontrolowali grę, mając w dodatku między słupkami Stefana Freia, który powstrzymywał próby podopiecznych Veljko Paunovicia. Gola kontaktowego strzelił w 84’ Fabian Herbes, ale kilka minut później zabójczą kontrą odpowiedzieli rywale, bezwzględnie wykorzystując błąd Marcelo (kolejny bardzo słaby mecz tego obrońcy) i Bastiana. Linia obrony istniejąca de facto tylko na papierze nie wróży dobrze Strażakom przed kolejnymi spotkaniami. Tym bardziej że wraz z włączeniem Nicolasa Gaitana do podstawy zanosi się na grę 3-5-2 z Bastianem na środku obrony oraz Edwardsem i Frankowskim na wahadle. 

fot. Seattle Sounders

Chicago Fire 2:4 Seattle Sounders (skrót)

0:1 Víctor Rodríguez (Jordan Morris, Raúl Ruidíaz) 8’

0:2 Jordan Morris (Nicolás Lodeiro) 15’

0:3 Nicolás Lodeiro (rzut karny) 49’

1:3 Raheem Edwards (C.J. Sapong, Przemysław Frankowski) 56’

2:3 Fabian Herbers 84’

2:4 Raúl Ruidíaz (Brad Smith) 88’

Galaxy zatrzymali Loons

Po dwóch wygranych z rzędu, na wyjeździe, w dodatku z drużynami z Konferencji Zachodniej, mówiliśmy o Minnesocie United w naszym podcaście (tutaj) w superlatywach, choć Wiktor podkreślał, że LA Galaxy przerwą tę imponującą jak na Loons serię. I się nie pomylił, bo LA Galaxy nawet bez Zlatana czy Alessandriniego pokonali piłkarzy Adriana Heatha 3:2. 

Miałam wrażenie, że Minnesota United po tych dwóch naprawdę dobrych meczach w ich wykonaniu zlekceważyła rywala, popełniając tym samym jeden z najpoważniejszych błędów. Co prawda wydawać by się mogło, że skoro LA Galaxy są mocno osłabieni i nieuporządkowani, w dodatku grają bez dwóch najważniejszych piłkarzy (Zlatan Ibrahimoić & Romain Alessandrini), to Loons poradzą sobie bez większych problemów. Gra Minnesoty United pozostawiała jednak wiele do życzenia. Piłkarze byli niedokładni i wydawało się, że są niemal pewni, że ten mecz prędzej czy później wygrają, znajdując drogę do bramki Binghama. Galaxy może nie prezentowali wyśmienitego futbolu, do tego to jeszcze sporo im brakuje, ale pokazali wolę walki i determinację. W dużej mierze dzięki temu wygrali z MNUFC. Bardzo dobre zawody rozegrał Jonathan dos Santos i Sebastian Lletget. Ten drugi wyrasta na cichego bohatera LA Galaxy. Porażka oznacza dla piłkarzy Minnesoty United zimny prysznic. Jedna z najgorszych drużyn w lidze nie przechodzi metamorfozy z dnia na dzień i nie oznacza to, że teraz nagle wszystkie mecze „będą się wygrywały same”. Wydaje mi się, że ten mecz uświadomił to piłkarzom Loons, którym przyda się odrobina pokory.

Sebastian Lletget i Ariel Antuna, fot. LA Galaxy

LA Galaxy 3:2 Minnesota United (skrót)

1:0 Jonathan dos Santos (rzut karny) 36’

2:0 Chris Pontius (Rolf Feltscher, Emmanuel Boateng) 41’

2:1 Ján Greguš (Romain Métanire) 75’

3:1 Sebastian Lletget (Uriel Antuna) 81’

3:2 Angelo Rodríguez 87’

Powrót Jozy’ego Altidore’a

Zapowiadało się na fatalny początek sezonu w wykonaniu Toronto FC, szczególnie po popisach w Lidze Mistrzów CONCACAF, gdzie piłkarze Grega Vanneya wyglądali tragicznie. W pierwszym meczu w trudnym momencie ciężar gry wziął na siebie kapitan – Michael Bradley. Po tygodniu przerwy przyszła pora na pierwszy mecz przed własną publicznością. Toronto FC ponownie zaprezentowali się lepiej, niż można się było tego spodziewać. Michael Bradley jak zawsze wykonywał kapitalną pracę w środku pola, którą dostrzegli raczej nieliczni, ale szerszemu gronu dał się poznać Ayo Akinola. 19-letni napastnik strzelił swojego pierwszego gola w MLS, a potem zanotował asystę drugiego stopnia. Przy tej drugiej bramce mieliśmy sporo kontrowersji, ale należy zauważyć, że Antonio Milnar Delamea dotknął futbolówki, więc nie można mówić o spalonym Chapmana.

NE Revolution próbował ratować nowy Designated Player – Carles Gil, który trafił do siatki dwukrotnie, ale to nie wystarczyło. W końcówce spotkania na boisku zameldował się Jozy Altidore, dla którego był to pierwszy mecz po kontuzji. Właśnie on zapewnił Toronto FC drugą wygraną w tym sezonie. Piłkarze Brada Friedela kolejny raz musieli się obejść smakiem i po trzech meczach mają na koncie jeden punkt.

Oprawa kibiców TFC, fot. Toronto FC

Toronto FC 3:2 NE Revolution (skrót)

0:1 Carles Gil (rzut karny) 9’

1:1 Ayo Akinola (Jay Chapman) 14’

2:1 Jordan Hamilton (Jay Chapman, Ayo Akinola) 45’

2:2 Carles Gil 52’

3:2 Jozy Altidore (Justin Morrow, Michael Bradley) 80’

Czas bić na alarm?

Trzeci mecz Atlanty United i kolejny raz brak zwycięstwa. Piłkarze Franka de Boera nie zachwycają, a Pity Martínez, który miał być zastępcą Miguela Almiróna, na razie radzi sobie przeciętnie. Poza paroma przebłyskami i dryblingami nie ma go za co pochwalić. Zespół wciąż jest zagubiony i nawet jeżeli posiadanie piłki sięgało momentami powyżej 71%, to trzeba powiedzieć, że w tym samym czasie piłkarze z Mercedes-Benz Stadium nie potrafili wykreować groźnych sytuacji pod bramką rywala. Przez długi czas (również w drugiej połowie) na ich koncie widniało okrąglutkie zero po stronie celnych strzałów. Aż trudno sobie wyobrazić tak bezradną Atlantę United.

W Philadelphii Union Marco Fabiána (zawieszenie po czerwonej kartce) zastąpił 18-letni wychowanek Brenden Aaronson i to właśnie on w debiucie strzelił pierwszego gola. Uderzenie zza pola karnego pomiędzy nogami Leandro González Pirez, co znacznie utrudniło interwencję Guzanowi, który i tak nie popisał się przy tym strzale. Wygląda na to, że Aaronson może dostać szansę również w następnym meczu.

Wydawało się, że gospodarzom będzie bardzo trudno wyrównać stan rywalizacji, ale wtedy na boisku pojawił się Ezequiel Barco. To właśnie on skierował piłkę do siatki po asyście Juliana Gressela (25. asysta w 68. meczach). Atlanta United wyszarpała remis, ale nie można mówić o fantastycznej grze. Nawet jeżeli wejście Barco rozruszało towarzystwo, to wciąż brakowało wykończenia. W efekcie po trzech spotkaniach mistrzowie MLS mają na swoim  koncie zaledwie dwa punkty.

Atlanta United 1:1 Philadelphia Union (skrót)

0:1 Brenden Aaronson (Kai Wagner) 47’

1:1 Ezequiel Barco (Julian Gressel, Jeff Larentowicz) 70’

Ignacio Piatti ponownie daje wygraną z Orlando City

Nie mam pojęcia, co się dzieje z Orlando City, ale to nie jest normalne. To nie jest słaba drużyna, ale piłkarze mają problemy, w dużej mierze ze sobą. Ignacio Piatti od zawsze miał patent na Lwy, ale w tym meczu zawodnicy Jamesa O’Connora znacznie ułatwili mu zadanie. Pierwszą bramkę stracili w 14’, kiedy do siatki trafił Orji Okwonkwo (debiutanckie trafienie). W ciągu piętnastu sekund od wznowienia stracili również drugiego gola… Trudno powiedzieć cokolwiek dobrego o grze Orlando City do  tego momentu. Potem było co prawda nieco lepiej, ale w końcówce spotkania Montreal Impact, a konkretnie Nacho Piatti, wykorzystał złe ustawienie rywala i podwyższył wynik na 3:0. Argentyńczyk jest dziewiątym piłkarzem w historii MLS, który najszybciej zanotował na swoim koncie łącznie sto goli i asyst (króluje Sabastian Giovinco). W doliczonym czasie gry gola honorowego strzelił jeszcze Dom Dwyer, ale nie zmieniło to sytuacji Orlando City. W samej końcówce z czerwoną kartką wyleciał Zakaria Diallo, a schodząc z boiska, pokazywał na palcach wynik meczu, który był oczywiście na korzyść jego drużyny.

Orlando City 1:3 Montreal Impact (skrót)

0:1 Orji Okwonkwo 14’

0:2 Ignacio Piatti (Maximiliano Urruti) 15’

0:3 Ignacio Piatti (Harry Novillo) 80’

1:3 Dom Dwyer (Santiago Patiño, Chris Mueller) 90’+1

Trzeci remis NYCFC

New York City FC rozegrali trzeci mecz i trzeci zremisowali. Głównym problemem piłkarzy Domèneca Torrenta jest skuteczność. W poprzednich meczach Alexandru Mitrita oddawał najwięcej strzałów na bramkę rywala, ale niewiele z tego wynikało. Dopiero w meczu z Los Angeles FC popisał się pięknym trafieniem po indywidualnej akcji. To dobra zapowiedź tego, co będzie nas czekało na w najbliższym czasie. Świetne zawody rozgrywał też James Sands. 18-latek na dobre zadomowił się w podstawowym składzie, gdzie spełnia się w roli defensywnego pomocnika. Z tego powodu Alexander Ring został przesunięty nieco do przodu, grając jako pomocnik box-to-box. Warto dodać, że to właśnie nowy kapitan NYCFC strzelił drugiego gola dla gospodarzy.

Alexandru Mitrita w końcu wpisał się na listę strzelców, fot. NYCFC

Los Angeles FC również rozegrali dobre spotkanie, choć trzeba oddać, że spore zasługi miał tutaj nie tylko Carlos Vela, który dwukrotnie trafił do siatki, a przede wszystkim Latif Blessing. Co prawda 22-latek wystąpił w podstawie w zastępstwie Lee Nguyena, ale trzeba przyznać, że nominalny skrzydłowy w środku pola sprawdził się bardzo dobrze. To on asystował przy pierwszej bramce Carlosa Veli i to on wywalczył rzut karny, który wykorzystał jego kolega. LAFC stracili pierwsze punkty, ale wciąż są niepokonani w tym sezonie.

New York City FC 2:2 Los Angeles FC (skrót)

1:0 Alexandru Mitrita (Maximiliano Moralez) 39’

1:1 Carlos Vela (Latif Blessing) 43’

2:1 Alexander Ring (Ben Sweat, Valentín Castellanos) 62’

2:2 Carlos Vela (rzut karny) 76’

Albert Elis & Memo Rodríguez – duet na komplet punktów

Trzeci mecz Vancouver Whitecaps i trzecia porażka. Wciąż jednak utrzymuję, że gra piłkarzy dos Santosa wcale nie wygląda tak źle. W czym zatem tkwi problem? Wciąż brakuje zgrania i pomimo kilku ciekawych akcji zdarza się sporo niedokładności. In-beom Hwang jest jednym z najlepszych na boisku, ale sam nie zdziała cudów. System z trójką obrońców również nie do końca sprzyja zawodnikom Whitecaps. W ataku kolejny raz impuls dał wprowadzony z ławki Lass Bangoura. Zresztą to on strzelił jednego gola. Zakładam, że w następnych spotkaniach powinien wybiec w podstawowej jedenastce.

W każdym razie Vancouver Whitecaps kolejny raz trafili na lepszych i bardziej wyrachowanych od siebie. Świetny duet stworzyli Alberth Elis i Memo Rodríguez. Wychowanek Houston Dynamo dwukrotnie trafił do siatki, dwukrotnie po asyście Elisa. Piłkarze Wilmera Cabrery dwa razy w ten sam sposób oszukali obronę rywali, do tego Alberth Elis wywalczył rzut karny, który sam wykorzystał. Gospodarze wygrali kolejny mecz i mają na swoim koncie siedem punktów. To naprawdę przyzwoity start ekipy z Teksasu.

Houston Dynamo 3:2 Vancouver Whitecaps (skrót)

1:0 Memo Rodríguez (Alberth Elis) 15’

1:1 Fredy Montero (rzut karny) 35’

2:1 Alberth Elis (rzut karny) 42’

2:2 Lass Bangoura 54’

3:2 Memo Rodríguez (Alberth Elis, Mauro Manotas) 73’

Remontada NY Red Bulls

SJ Earthquakes zanotowali wymarzony start w wyjazdowym meczu z NY Red Bulls. Już w 5’ do siatki trafił nowy nabytek Quakes – Cristian Espinoza. Akurat on jako jeden z nielicznych w tym sezonie naprawdę prezentuje się w miarę przyzwoicie, czego nie można powiedzieć o jego kolegach z drużyny.

Na nieszczęście NY Red Bulls już w 35’ boisko musiał opuścić Florian Valot. Później okazało się, że 26-latek po raz kolejny zerwał ACL, co oznacza dla niego koniec sezonu. Na boisku zameldował się Alex Muyl i trzeba powiedzieć, że dał naprawdę dobrą zmianę. 23-latek jest często niedoceniany, ale sprawdza się idealnie w trudnych momentach. Pech chciał, że urodził się akurat w momencie, kiedy reprezentacja ma naprawdę wielu utalentowanych chłopaków na jego pozycji. W każdym razie to właśnie on doprowadził na początku drugiej połowy do remisu, a później wyprowadził NY Red Bulls na prowadzenie. W końcówce wynik podwyższył Bradley Wright-Phillips i Daniel Royer, ale wszystko zaczęło się od Alexa Muyla. Ostatecznie piłkarze Chrisa Armasa wygrali 4:1, ale na początku meczu pachniało niespodzianką. Potem doświadczenie wzięło górę i SJ Earthquakes wciąż są jedną z dwóch drużyn, które w tym sezonie nie zdobyły jeszcze punktów.

Oprawa kibiców Czerwonych Byków, fot. NY Red Bulls

NY Red Bulls 4:1 SJ Earthquakes (skrót)

0:1 Cristian Espinoza (Magnus Eriksson) 5’

1:1 Alex Muyl (Daniel Royer) 51’

2:1 Alex Muyl 71’

3:1 Bradley Wright-Phillips (Sean Davis, Vincent Bezecourt) 85’

4:1 Daniel Royer (Michael Murillo, Marc Rzatkowski) 89’

Strata punktów w końcówce spotkania

Kolejną „dziwną” drużyną w tym sezonie jest Colorado Rapids. Piłkarze Anthony’ego Hudsona prezentują naprawdę dość interesującą piłkę, czego nie można było powiedzieć jeszcze dwa-trzy lata temu. Wciąż mają jednak problemy ze skutecznością. W poprzednim tygodniu przez większość meczu naciskali na Seattle Sounders, ale nie potrafili skierować piłki do siatki. Podobnie było w meczu ze Sportingiem KC. Jedna z najlepszych drużyn MLS nie zdominowała Colorado Rapids, wbrew pozorom to właśnie gospodarze mieli więcej do powiedzenia, choć w końcówce pierwszej połowy fatalny błąd popełnił Tim Howard, podając piłkę do rywala. Skończyło się jednak tylko na poprzeczce Rogera Espinozy. 

Na początku drugiej części gry błąd Tima Melii wykorzystał były piłkarz SKC – Diego Rubio. Ten nie miał skrupułów i wpakował piłkę do siatki. Colorado Rapids bardzo długo mieli kontrolę nad spotkaniem, ale nie potrafili podwyższyć prowadzenia. Kiedy wydawało się, że nic złego nie przydarzy się już piłkarzom z Commerce City, Johan Blomberg wszedł na boisko, w ciągu kilku minut obejrzał dwie żółte kartki, wyleciał z boisko, a zanim to nastąpiło, doprowadził do rzutu wolnego, z którego Johnny Russell przymierzył idealnie w okienko bramki Tima Howarda. Mecz zakończył się remisem, a największe pretensje można mieć właśnie do Blomberga. 

Colorado Rapids 1:1 Sporting KC (skrót)

1:0 Diego Rubio 54’

1:1 Johnny Russell 88’

Pan Gastón Sauro

Columbus Crew wyszli na prowadzenie już w 10’, a piłkę do siatki skierował Gastón Sauro. Ten sam, który jeszcze nie tak dawno miał zakończyć karierę. Pod okiem Caleba Portera wyrasta jednak na kluczową postać w defensywie Columbus Crew, a do tego strzela gole, bo to już jego drugie trafienie w tym sezonie. FC Dallas mieli kilka okazji, a Paxton Pomykal powinien mieć na swoim koncie przynajmniej dwie asysty. Goście nie wykorzystali jednak tych okazji, a mecz zakończył się skromną wygraną gospodarzy 1:0.

Columbus Crew 1:0 FC Dallas (skrót)

1:0 Gastón Sauro (Pedro Santos) 10’

Najlepsza jedenastka 3. tygodnia MLS

Tabela Konferencji Wschodniej

Tabela Konferencji Zachodniej

Sytuacja Polaków i byłych zawodników Ekstraklasy

CHICAGO FIRE

Przemysław Frankowski (ex Jagiellonia Białystok) – 90 minut, asysta drugiego stopnia

Nemanja Nikolić (ex Legia Warszawa) – 71 minut

FC CINCINNATI

Przemysław Tytoń – poza kadrą meczową (uraz; pauza ok. 7-10 dni)

HOUSTON DYNAMO

Romell Quioto (ex Wisła Kraków) – 16 minut

SJ EARTHQUAKES

Vako Qazaishvili (ex Legia Warszawa) – 78 minut

FC DALLAS

Zdeněk Ondrášek (ex Wisła Kraków) – poza kadrą meczową

Sytuacja rookich w 3. tygodniu MLS

Zawodnicy z rocznika ’97 i młodsi, którzy zagrali w 3. tygodniu MLS

Od początku sezonu (3 tygodnie) na boiskach MLS pojawiło się łącznie 63. piłkarzy z rocznika ’97 lub młodszych. Wśród nich było 24. wychowanków (~38%), dodając Danilo Acostę (wychowanek Realu Salt Lake) mamy 25. wychowanków.

Autor: Kasia Przepiórka

Kasia Przepiórka
Redaktor Naczelna | Nie śpię po nocach, bo oglądam piłkę nożną... w USA, a za dnia o tym piszę. Z soccerem na dobre i na złe, od reprezentacji, przez MLS czy USL, aż do ligi uniwersyteckiej. Wbrew pozorom nie jestem szalona, zaglądam też na europejskie boiska (nie tylko w poszukiwaniu młodych talentów nadających się do reprezentacji USA). P.S. To prawda.

Zobacz również

Granie podczas przerwy reprezentacyjnej – podsumowanie 4. tygodnia MLS

Przerwa reprezentacyjna? W MLS nie obowiązuje. W tym czasie część drużyn normalnie rozgrywa swoje mecze, ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *