poniedziałek , 29 listopada 2021
Newsy
Strona główna / MLS / Drużyny MLS / LA Galaxy / #13 Pamiętniki z Miasta Aniołów

#13 Pamiętniki z Miasta Aniołów

No i dochodzimy do tego paskudnego momentu, w którym jestem zmuszony do napisania „kilku” gorzkich słów o tym sezonie. Wypadałoby wspomnieć też o tych dobrych momentach. Ok. Podpisanie kontraktu z Romainem Alessandrinim – to tyle. Teraz pora na ten prawdziwy raport z miasta N.

Wszystko zaczęło się pewnej pięknej polskiej zimowej nocy, gdy wiadomość o zakontraktowaniu nowego władcy (Curt Onalfo) rozeszła się po mieście. Wówczas jeszcze nikt nie przypuszczał (oprócz mnie), że wygrywanie i Curt idą własnymi, bardzo odległymi od siebie ścieżkami. W skrócie ten projekt od samego początku był skazany na porażkę. Smutne jest to, że ludzie, którzy przez lata oglądają piłkę, byli tacy niedomyślni i naiwni, wierząc, że z gówna da się ukręcić bat. Pierwszy morał dzisiejszego tekstu: pewnych rzeczy nie da się zrobić, a jak ktoś wam powiedział, że się da, to kłamał.

I tak nowe Galaxy z nadziejami na lepsze jutro wleciało w sezon. Pierwsza porażka u siebie – zdarza się. Druga porażka u siebie – wyrównaliśmy wynik z poprzedniego sezonu, ale nadrobimy. Trzecia, czwarta, piąta – dajmy im czas. Dni mijały, Curt z akompaniamentem swojej nieudolnej świty doznawał kolejny rozczarowań, ale nikt mu nie przeszkadzał. Zarząd nie wpadł na to, że ze zwolnieniem trenera nie trzeba czekać do momentu, w którym sezon będzie już stracony, bo przecież tak się robi w Europie, a wszakże, po co wzorować się na Europejczykach, na pewno nie mają racji. No, ale co ja tam wiem: za mało jeszcze w tym siedzę, żeby wiedzieć, kiedy z kogoś nie ma materiału na cokolwiek pożytecznego. (Nie)myślenie zarządu odbiło się czkawką. Właściwie czkawka to zbyt skąpe i nieprecyzyjne słowo. Odbiło się czkawką, a skończyło wymiocinami na własne nogi.

Master Onalfo próbował pojednać się z mocą. Testował różne warianty, lecz niestety poległ. Jego umiejętności zarządzania drużyną piłkarską okazały się zbyt małe. Stworzył jednak człowieka, który stał się ikoną, poprzez pójście w ślady za swoim mistrzem. To się nazywa heroiczny akt ukazania własnej lojalności wobec lidera, przywódcy, kompana niedoli. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to nawiązuję do Gyasiego Zardesa, legendy amerykańskich boisk. Przyznam się, że nie znam drugiego takiego, który potrafi zagrać na boku obrony, defensywnym pomocniku, ofensywnym pomocniku, skrzydle, napastniku – zagrał tam, gdzie trzeba (swoją drogą wszędzie źle), ale jakoś trzeba wyżywić rodzinę i ustalić swoje priorytety. W końcu zdjęcia, do FIFY 18 same się nie nakręcą. Komercja jest przecież nieodłącznym elementem piłki – dla niektórych, jak widać, nawet ważniejszym od piłki.

Kończąc już wątek wielkiego wodza i twórcy najbardziej gównianej drużyny w historii klubu oraz jego „największego” odkrycia, przejdziemy do kolejnej śmiesznie nieśmiesznej rzeczy w tym sezonie, czyli środka pola. Miało być super – wyszło jak zawsze, a właściwie to nie jak zawsze – wyszło 150 000 razy gorzej. Jako wymagający fan, często wybredny i okrutnie niesprawiedliwy w swoich opiniach, przyznaje się, krytykowałem Gerrarda. Z jeszcze większą przyjemnością krytykowałem Larentowicza, ale postać, jaką zagrał Jeremaine Jones, w tym nędznym kabarecie o tytule „Galaxy 2017” wykroczyła poza szerokie i obszerne granice mojego umysłu. Przejechała przez nie szybciej niż rozpędzone Lamborghini Diablo przez 30-metrowy odcinek szosy. To było tak (w tym miejscu powinno być przekleństwo, które sami sobie dopowiedzcie) słabe, że nawet Złote Maliny nie wręczyły za „to” nominacji.

Zaangażowanie LA Galaxy w tym sezonie było tak wysokie jak frekwencja na trybunach StubHub Center na tym zdjęciu, fot. The Stadium Business

Ci z was, którzy na bieżąco śledzili moje poprzednie przemyślenia, w tym momencie myślą sobie tak: zaraz przecież ty o nim wcale nie pisałeś. No właśnie, nie pisałem. Jones był tak słaby i bezbarwny, że zazwyczaj nie poświęcałem mu w moim tekście ani jednego słowa. I to właśnie on, obok trenera, którego w tym rankingu w ogóle nie umieszczamy, bo wszyscy oczywiście gardzimy monopolem na nagrody, a w tym wypadku, mimo wszystko nie można byłoby wybrać innej opcji, oraz Gyasiego Zardesa, jest największą porażką tego sezonu. Szanowny Rafael Garcia i jeszcze szanowniejszy Baggio, a właściwie Adis (jak się okazuje przyjęcie pseudonimu, nie przypisuje danemu piłkarzowi, umiejętności pierwowzoru) Husidić, to piłkarze, dla których miano zapychacza to sporej wagi komplement, więc nie było się czego spodziewać i nie zawiedli.

Ostatni brakujący element w tej układance: Gio Dos Santos. Kolejny wielki nieobecny, który de facto grał. Statystyki (choć bardzo przeciętne, jak na gwiazdę zespołu) niestety mogą niektórym zamydlić oczy. 25 meczów, 6 goli, 3 asysty – byli gorsi. Macie rację, byli gorsi, jednak gdy zajrzymy głębiej, to zobaczymy, że Gio zdobył aż 5 ze swoich 6 bramek w okresie od 6 do 27 maja 2017 roku (4 spotkania z rzędu). Jedną, jedyną bramkę poza majem ustrzelił w inauguracyjnym spotkaniu, z karnego. Zresztą zaćma umiejętności jest dla kariery Meksykanina powszechnym zjawiskiem, pojawiającym się właściwie co dwa sezony. Sypniemy przykładem, tak dla zasady. Solidne wypożyczenie do Racingu, następny sezon – zero bramek w Premier League. Bardzo przyzwoity sezon w Villarreal (11 bramek, 8 asyst w LaLiga), następny sezon (1 bramka, 3 asysty). I taki gwóźdź do trumny. Poprzedni sezon w LA – 15 goli, 13 asyst. Dziękuje, zamykam rozprawę. Panie Gio, może pan dołączyć do ławy oskarżonych.

Giovani dos Santos miał być liderem zespołu, ale coś poszło nie tak. Cały ten sezon to jedno wielkie „NIE TAK”, fot. CaliSports News

W momencie przyjścia Sigiego Schmidta postanowiłem nie krytykować go, aż do zakończenia sezonu i wiecie co? Teraz też go nie skrytykuje. Klub, jaki dostał w prezencie od Onalfo to patos. Grecka tragedia. Podejrzewam, że wojsko amerykańskie miałoby większy pożytek z całego oddziału długowłosych wyznawców „Peace and Love” na wojnie w Wietnamie, których miał do swojej dyspozycji Sigi Schmidt. Tak więc poczekajmy. Zanim przejdziemy do etapu „Co dalej?” Króciutkie porównanie tego sezonu z poprzednimi:

  • 45 zdobytych goli (1,32 gola na mecz/ 17 miejsce w lidze)
  • 67 straconych goli (1,97 gola na mecz/ 21 miejsce w lidze)
  • 14 zdobytych punktów u siebie (0,82 punktu na mecz/ 22 miejsce w lidze) NAJGORSZY WYNIK W HISTORII KLUBU – Dotychczasowy „rekord” należał do drużyny z 2007 roku – 1,4 punktu na mecz u siebie.
  • Porównanie bramek zdobytych do bramek liczbowych (-22/ miejsce w lidze) NAJGORSZY WYNIK W HISTORII KLUBU – w 2007 roku The Gals zanotowali bilans -10 goli.
  • W sezonie 2016 Galaxy byli 15 bramek na plusie, tak więc w tym roku zaliczyli regres, aż o 37 bramek. Jak się domyślacie to również ich nowy rekord.
  • W tym sezonie zdobywając 32 punkty ustanowili nowy rekord w najmniejszej liczbie zdobytych punktów oraz najniższej liczbie średniej punktów na mecz (0,94 punktu na mecz). Poprzedni najgorszy wynik pochodzi z 2007 roku, gdy zdobyli 33 punkty w 30 spotkaniach, notując marną wówczas średnią 1,1 punktu na mecz.

Obowiązkowym punktem programu, jednocześnie pierwszym niejako odchodzącym (chociaż nie do końca) od tematu poprzedniego sezonu jest SuperDraft MLS. Odwołując się do poprzednich lat, Galaxy zawsze ten etap budowania składu lekceważyli. Dochodziło nawet do tak absurdalnych sytuacji, że oddawali picki (wybory w drafcie) za grosze, a później Surprise, ekipa budowlana przypomina sobie, że w sumie to są tam po to, żeby wykonać jakiś ruch, po czym wybierali kogoś niepotrzebnego z numerem 70+, a następnie nie podpisywali z nim kontraktu.

Jeden do drugiego mówi obojętnym tonem:

– Wiesz co, w sumie to już się Draft zaczął. Wypadałoby coś podziałać.

– Rzeczywiście. W końcu jest już 4 runda i ominęło nas 80 zawodników. Może weźmiemy Santiego Moara, bo być może będziemy mieli w nadchodzącym sezonie problemy ze zdobywaniem bramek. Uważasz, że to dobry pomysł?

Pierwszy zastanawiał się przez dłuższą chwilę, dodajmy bezmyślnie, podrapał się po głowie, spojrzał na zegar. Drugi spokojnie czekał, przecież to niegrzeczne kogoś pośpieszać. Czas minął. Pierwszy mówi tak:

– Wiesz co, dzisiaj spasujemy, w końcu mamy Gyasiego Zardesa, a to przecież reprezentant USA, w przyszłym roku zagra na mundialu i na pewno postara się zagrać, jak najlepiej w klubie, żeby wywalczyć sobie w kadrze pozycję.

[Kurtyna w dół – możecie bić brawa, a ja pójdę sobie zaparzyć kawę.]

W Los Angeles myśli się inaczej. Ogólnie Kalifornia to specyficzne miejsce, ale LA GALAXY i Hollywood to już w ogóle stan umysłu. Tylko tutaj aktoreczki najpierw puszczają się z reżyserem, a dopiero później zadają pytania i jeszcze później, jak okazuje się, że są już coś warte, dziękują temu samemu reżyserowi, za wprowadzenie na salony. Tylko tutaj molestuje się dzieciaków, a następnie ogłasza się światu, że od zawsze było się homoseksualistą. Tylko tutaj zatrudnia się trenera pokroju Curta Onalfo, licząc, że taki człowiek może cokolwiek osiągnąć. Przepraszam, ostatnie chyba za mocne.

Wracając, jednak do Galaxy, SuperDraftu, młodych (opcjonalnie: ułożonych) piłkarzy po studiach, to Galaxy ma szansę jak nigdy przedtem. A jednak stare powiedzonko, że kij ma dwa końce, już prawie się sprawdziło.

Trzeci numer w SuperDrafcie. Najwyższy w historii, nie licząc pierwszego sezonu – nie jest to oczywiście powód do dumy, bo najgorszy sezon po prostu nie może być powodem do dumy, ale jak już się przydarzyło to, wspólnie zastanówmy się, kogo ci Galaxy potrzebują. Z automatu wykluczmy odpowiedź: wszystkich – nie bądźmy, aż tak surowi. Bramkarz? Na pewno. Jest jedno małe „ale”. Świetnych bramkarzy z Draftu, którzy już w okresie gry na uniwersytecie coś znaczyli, było bardzo niewielu, a właściwie był jeden i nazywa się Andre Blake. Reszta wyrobiła się w czasie, więc w mojej opinii podpisanie bramkarza z trzecim numerem to dość spore ryzyko. Tym bardziej że wbrew wszelkim pozorom, statystycznym i względnie widocznym – Clement Diop, nie jest aż tak rakiem, za jakiego go miałem. Owszem, czasami zdryfuje w przestrzeni za mocno, niczym trójkąt z okładki legendarnej płyty Dark Site of the Moon, ale jak już pewne klepki mu się poustawiają, to zjada, przeżuwa i wypluwa gęstą, pożółkłą ślinę swoich kontrkandydatów do gry w pierwszym składzie. Zaryzykuję i być może właśnie w tym momencie odsłaniam się na strzał z prawego podbródkowego bez gardy, ale dałbym mu szansę, przy ułożonej obronie. I właśnie ta „ułożona obrona” jest tutaj kluczowa.

Panie i Panowie, prosto z Chicago w stanie Illinois, Grant Lillard. Lillard według opinii ekspertów spokojnie powinien znaleźć się w TOP 5 Draftu. Aktualnie w rankingu najlepszych graczy uniwersyteckich zajmuje drugą pozycję. A, zapomniałbym o najważniejszym, jest obrońcą. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że D.C. United pokuszą się na jakiegoś pomocnika bądź napastnika, bo solidnych graczy w tych formacjach, będzie co niemiara i wtedy z numerem 3 Lillard zamelduje się w słonecznej Kalifornii. Nie będę szczegółowo opisywał tego zawodnika, bo zrobię to w Przewodniku Kibica, jeżeli takowy się pojawi – a powinien się pojawić – i właśnie tam postaram się dokładnie scharakteryzować jego grę. Jak już wcześniej napisałem SuperDraft 2018, będzie stał graczami ofensywnymi. Bakero, Opoku, Williamson, Koffi, Winn, czy Cichero to tylko część nazwisk w górnej części stawki. Ważne jest tylko jedno – wybrać kogokolwiek, a nie oddawać pick.

Galaktyczni przyjaciele, to wasz czas

Powiedzmy, że Draft mamy za sobą – co dalej zresztą. W mojej opinii w klubie pracy na przyszły sezon powinien być pewny jeden człowiek. Jest nim Romain Alessandrini. Co do reszty – oczywistością jest, że wszyscy nie wylecą, ale znaczna większość powinna poszukać sobie innego zajęcia, nie wiem, mogą pisać książki, zbierać grzyby i sprzedawać je przed stadionem, oczywiście o ile otrzymają zgodę i zaświadczenie o odpowiedniej jakości produktu od sanepidu, albo co będzie najtrudniejsze, mogą zmienić klub. A do klubu, no cóż – przydałby się ktoś dobry. Najważniejsze, nie szukamy po nazwiskach, bo jak nauczyła nas historia, nazwiska nie grają. Szukamy piłkarza typu Martinez, Almiron, czy inny Villalba, który przyjdzie do klubu z uśmiechem na ustach, pomysłem na siebie, ambicją, chęcią rozwoju i poczuciem, że on to coś musi światu udowodnić. Lśnić na boisku niczym szalony diament, bo na odcinanie kuponów jest jeszcze za młody. O problemie z miastem wspominałem, ale LA ma też swoje plusy. W przeciwieństwie do innych, mniejszych, bądź mniej atrakcyjnych ośrodków, włodarze mogą sobie pozwolić na każdego, bądź prawie każdego, więc w przypadku, gdy poślą do boju swoje mózgownice, ściągną miłego chłopaczka z Wenezueli, który nie dość, że nawet nie pomyśli o kontrakcie na 5 milionów za sezon, tylko weźmie 1,5 miliona, to jeszcze za tę właśnie kasę, której jeszcze nie ma, zaprosi ich na kolację, opłaci taksówkę, która zawiezie ich pod dom, a na koniec spyta się jeszcze czy nie wstać następnego dnia 30 minut wcześniej, żeby ewentualnie podwieźć dzieci do szkoły.

Pieniądze są, trener jest. Teraz czekamy na efekty. W tym roku to już ostatnie Pamiętniki z Miasta Aniołów. Dziękuję Wam, za to, że czytaliście moje wypociny przez cały ten rok i już zapraszam na Pamiętniki sezon 2. Do zobaczenia.

P.S. No, chyba że mi się coś odmieni i będę pisał o plotkach transferowych związanych z Galaxy, ale na razie tego nie przewiduję.

Autor: Wiktor Sobociński

https://www.amerykanskapilka.pl/wp-content/uploads/2015/05/logoameryka.jpg
Zastępca Redaktora Naczelnego | Pochodzi z Bydgoszczy i mimo młodego wieku o sporcie w USA wie bardzo dużo. Sportem interesuje się od dziecka i żadnej dyscyplinie nie zamyka drzwi – ot, to fan sportu jak się zowie. Z MLS związany formalnie od 2014 roku, jednak historii tej znajomości należy się doszukiwać kilka ładnych lat wcześniej. Z chęcią przygląda się grze Chicago Fire i LA Galaxy. Do jego pasji można również zaliczyć stare filmy oraz oldschoolową muzykę (lata 50.-80.).

Zobacz również

#6 Pamiętniki z Miasta Aniołów 2

Hollywood. Każdy aktor marzy o tym, by zagrać tu chociaż raz, by spojrzeć na zielone ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *