wtorek , 27 września 2022
Newsy
Strona główna / MLS / Aktualności / Najlepszy sędzia MLS: wywiad z Robertem Sibigą

Najlepszy sędzia MLS: wywiad z Robertem Sibigą

Zapraszamy na rozmowę z Robertem Sibigą, najlepszym sędzią poprzedniego sezonu Major League Soccer. Tutaj znajdziecie pełną wersję wywiadu, który pierwotnie ukazał się w Przewodniku Kibica MLS 2022. 

 

Katarzyna Przepiórka: Cofnijmy się do samego początku. Dlaczego przeprowadziłeś się do USA? Skąd wzięła się pasja do piłki nożnej i przede wszystkim do sędziowania?

Robert Sibiga: Jak większość chłopaków interesowałem się piłką. Jako 20-latek wyjechałem do USA. Rodzina wylosowała zieloną kartę, a ja po ukończeniu szkoły średniej miałem wybór: albo studia, albo zobaczyć, jak wygląda życie w Stanach. Na początku mi się tam nie podobało. Wróciłem do domu, do Stalowej Woli, do swojej dziewczyny. Wtedy wspólnie postanowiliśmy dać USA drugą szansę i wyjechaliśmy ponownie. Tym razem już na stałe. Kupiliśmy dom w miasteczku Carmel, około 100km od Nowego Jorku, urodziły nam się dwie córki. I potem żyliśmy swoim dorosłym życiem. Sędziowanie to był przypadek. Grałem w lokalnej drużynie, która została założona przeze mnie i polonijnych zapaleńców. Na jednym z turniejów zerwałem więzadła i straciłem zapał do gry, więc za radą kolegi spróbowałem swoich sił, udając się na kurs sędziowski. Spodobało mi się, byłem starszy niż większość początkujących sędziów, ale ponieważ miałem doświadczenie w piłce i pewną znajomość przepisów, to przeszedłem bardzo szybko po szczeblach kariery sędziowskiej w Stanach.
 
KP: Co należy zrobić, gdy chce się rozpocząć karierę sędziego w USA?
RS: Jest kilka organizacji. Ta główna to U.S. Soccer, czyli odpowiednik PZPNu, która zrzesza wszystkich zarejestrowanych sędziów w Ameryce. Są mniejsze organizacje, które np. zrzeszają tylko sędziów piłki na poziomie szkół średnich. I to właśnie do takiej najpierw się dostałem. Wystarczy pięć godzin kursu i można już zaczynać sędziować mecze w szkołach średnich. Oczywiście poziom rozgrywek i wydarzeń boiskowych jest adekwatny do długości trwania kursu. Są tam też trochę inne przepisy, mamy np. dwóch sędziów, którzy biegają po swoich połowach boiska. Ponieważ tam się wyróżniałem, zaproponowano mi rejestrację w U.S. Soccer. Musiałem zdać test, co też mi się udało i rozpocząłem sędziowanie spotkań młodzieżowych. Szybko zauważono, że moja znajomość piłki jest na innym poziomie niż pozostałych początkujących, więc dawano mi coraz ważniejsze mecze do prowadzenia – no i tak to się zaczęło.
 
KP: Jest to nieoczywista droga. Każdy może spróbować swoich sił na niższych szczeblach, ale dotarcie do poziomu MLS PRO to dłuższy proces. Ile zajęło Ci przejście do sędziowania profesjonalnych rozgrywek?
RS: Taka ścieżka trwa między 12 a 14 lat dla tych, którzy chcą piąć się dalej. W moim przypadku to było trochę na „wariackich papierach”, ale może dlatego, że byłem starszy i chciałem tego bardziej niż inni. Zacząłem sędziować w 2009 roku, a już trzy lata później sędziowałem finał USL, trzeciej dywizji w USA. Także moja droga była trochę krótsza niż normalnie, a złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, poświęciłem się temu całkowicie i starałem się wyjeżdżać na każdy turniej, na który mogłem: gdy nie mogłem wejść drzwiami, to wchodziłem oknami. Nie pozwalałem sobie na to, by ktoś mi mówił, że się nie nadaje. Zawsze chciałem sobie stawiać nowe wyzwania. Byłem też starszy od większości, co troszeczkę mi w pewnym momencie pomogło. Niektórzy ludzie odpowiadający za decyzje, kto się może piąć w górę, musieli decydować: albo dadzą mi szansę teraz, albo za kilka lat będzie za późno. To był taki ryzyk-fizyk. Dostawałem te szanse i je wykorzystywałem, co pozwoliło mi się wspinać dalej na kolejne szczeble. Rok później dostałem zaproszenie, które pozwalało mi zostać sędzią technicznym na poziomie Major League Soccer.
 
KP: Jak wygląda podział po dostaniu się do grupy sędziów MLS? Od razu jest się sędzią zawodowym, czy też należy zacząć od tych „niższych szczebli”?
RS: Teraz się to zmieniło. Istnieje coś takiego jak PRO2, czyli grupa dla tych, którzy próbują dostać się do ligi zawodowej. Dzisiaj tacy sędziowie jak Łukasz Szpala, który od tego roku jest już sędzią w MLS, na kontrakcie, mają wytyczoną ścieżkę. W moim przypadku to była trochę „wolna amerykanka” – można było być na poziomie USL i nigdy się nie dostać do MLS, można było nigdy nie być na poziomie USL czy NWSL, sędziować te ligi, ale nadal nie dostawać szansy w MLS. Wszystko zależało od tego, jak bardzo się starałeś i tego, jak bardzo nie dopuszczałeś do siebie głosów typu „Nie nadajesz się”. Mnie się udało, teraz jest to bardziej zorganizowane, grupą PRO2 opiekuje się Polak, Alex Prus lub Aleks Pruś, zależy, czy mówimy o Polaku, czy Amerykaninie. On jest szefem PRO2 i jest odpowiedzialny za wybór młodych talentów sędziowskich, które dostają potem szanse. Jest kilka kategorii: od D do A. Ci sędziowie, którzy zostaną sklasyfikowani jako „A”, dostają możliwość sędziowania „na środku” w MLS, obok prowadzenia spotkań USL oraz NWSL. Łukasz był właśnie w grupie „A” i dostał kilka spotkań w MLS. Byli z niego na tyle zadowoleni, że od tego sezonu dostał kontrakt. Są dwa różne kontrakty w samym PRO: full-time i provisionary. Ten pierwszy posiadam m.in. ja oraz dwudziestu innych sędziów z USA, oraz czterech z Kanady. Sędziowie na tej drugiej umowie mają dwa lata, by udowodnić, że zasługują na kontrakt full-time. Tak to się odbywa, nie jest to łatwa ścieżka, ale jest przynajmniej wytyczona. Wiesz, co potrzebujesz zrobić czy osiągnąć, jak muszą wyglądać twoje wyniki nie tylko te fizyczne, ale też na boisku, żeby dostać swoją szansę.
 
KP: Jak wygląda twój dzień w trakcie sezonu i typowy weekend meczowy? Czy mówimy tutaj w ogóle o wolnych dniach, w których możesz być w domu z rodziną?
RS: Każdy mecz, który muszę sędziować, to trzy dni wyjęte z kalendarza. Załóżmy, że mecz jest w sobotę: wyjeżdżam z domu w piątek rano, przylatuję do miasta, w którym jest mecz, spotkanie jest w sobotę wieczorem, w niedzielę wracam do domu. Zakładając, że nie odbywają akurat w danym tygodniu nasze zgrupowania. Co dwa tygodnie wylatujemy na 3-4 dni albo do Dallas, albo do Minnesoty. Te zgrupowania zwykle trwają środa-czwartek-piątek i jeśli się ma mecz w weekend, to w piątek wylatujesz od razu, jeśli w niedzielę, to masz możliwość spędzić ten jeden dzień w domu. Tak więc co te dwa tygodnie ma się wyjęte 5 lub 6 dni z kalendarza, kiedy jest się poza domem. Dodatkowo dochodzą do tego mecze w środku tygodnia, bo MLS grywa także wtedy. W zależności, który mecz dostaniesz, czasem zdarza się, że jedziesz w weekend na mecz, potem na camp, potem znów mecz w MLS – możesz być poza domem nawet 10 lub 11 dni. Ciężko to dokładnie określić.
 
KP: Czy po meczach od razu analizujecie te spotkania? Czy może na zgrupowaniach? Ta kwestia bardzo mnie zaciekawiła, pierwszy raz o czymś takim słyszę.
RS: To są dwie różne rzeczy. Mamy obserwatorów na każdym meczu. Nie rozmawiamy z nimi bezpośrednio po meczu, rzadko bywają na stadionach. Oglądają te mecze w telewizji i mają dostęp do kilkudziesięciu różnych kamer, które je nagrywają. Analizują je i po 2-3 dniach mamy rozmowę telefoniczną, w czasie której omawiamy spotkanie i sytuacje, które się wydarzyły. Zgrupowania to osobna sprawa. Oglądamy poszczególne sytuacje ze wszystkich meczów z ostatniego tygodnia czy dwóch. Tam wszyscy sędziowie, którzy są na tym spotkaniu oraz nasze szefostwo, czyli Howard Webb, Mike Geiger, Allan Kelly, etc., wspólnie analizują różne sytuacje. O prawidłowych decyzjach się nie rozmawia, głównie o tych z „szarej strefy”. One wzbudzają najwięcej kontrowersji. Dzięki tym zgrupowaniom możemy się wymienić poglądami, ale przede wszystkim na końcu słyszymy, jakie są oczekiwania w stosunku do nas. Wiele decyzji można wybronić, ale to nie znaczy, że wszystkie są prawidłowe – dają nam tzw. directions. Mówią nam: „Rozumiemy, dlaczego podjąłeś taką decyzję, ale od dzisiaj chcielibyśmy, żebyśmy raczej się skłaniali ku podyktowaniu rzutu karnego niż braku decyzji o nim”. To jest chyba największy plus tych spotkań. Widujemy się nie tylko jako kumple z boiska, ale gdy są takie sytuacje stykowe, to słyszymy od naszych bossów, czego od nas oczekują w następnych tygodniach. Wydaje mi się, że pozwala nam to na utrzymanie stabilności.
 
KP: Skoro już jesteśmy przy wytycznych, czy coś się w tym sezonie zmienia? Czy jest coś, na co macie w szczególny sposób zwracać uwagę?

RS: Niewiele się zmienia. Bardziej będziemy zwracać uwagę na faule, jakby to powiedzieć… Przepisy są w dużej mierze uzależnione od interpretacji sędziego. Dawniej duży nacisk kładziono na to, żeby się sędzia ze swojej decyzji wybronił. Teraz nacisk zostanie położony na faule, które może wybroniłyby się na żółtą kartkę, ale są powody, dla których powinna ona być raczej czerwona. Kiedyś potrzebowałeś czterech różnych rzeczy, żeby dać czerwony kartonik, jeśli jednej brakowało, np. point of contact (np. tzw. stempel), to wystarczało, żeby to już była tylko żółta kartka. Wysokość tego kontaktu też ma znaczenie. Jeśli była dość nisko, to mogła to też być żółta kartka. Teraz większy nacisk będzie kładziony na te pozostałe trzy aspekty, m.in. siłę tego wejścia, impet. Już nie tylko punkt kontaktu jest ważny, teraz te pozostałe rzeczy mogą przeważyć o kolorze kartki. Mimo że np. to był „tylko” stempel, ale jeśli gracz przed tym kontaktem przebiegł te 20-30 metrów i z pełnym impetem sfaulował przeciwnika, to dostanie czerwoną kartkę. Nie brońmy graczy, którzy mogą doprowadzić do kontuzji rywala. Jest to ten aspekt, na który w tym roku mamy zwrócić szczególną uwagę. Oprócz tego trzymamy się tego samego, czyli opóźnianie tzw. wznowień. Szczerze mówiąc, bardzo mnie denerwuje. Jest to w MLS niemile widziane i zwracanie na to podwójnej w uwagi jest bardzo charakterystyczne.

KP: Jak jesteśmy przy takich sytuacjach, z którymi zawodnikami MLS ciężko się pracuje? Nie tylko Tobie, ale też innym – którzy gracze są takimi „trudnymi przypadkami”?

RS: Jest kilku takich graczy. Może nie nazywałbym ich „trudnymi”, bo oni nie robią tego na złość mnie czy drużynie. Mają określone zadania do wykonania, które wyznacza im trener. Nazwijmy ich może zawodnikami „niewdzięcznymi”, którzy dalej będą się tak zachowywać i wiedzą, że robią źle, a nawet się denerwują, kiedy przeciwnik robi to samo. Ja ich rozumiem: moim zadaniem nie jest zmienienie ich zachowania. Im się płaci za to, co robią na boisku. To są zawodnicy, którzy są bardzo sprytni i inteligentni. Teraz jeden z nich wyjechał do Argentyny, obrońca z Interu Miami, Leandro González Pirez. Strasznie niewdzięczny do sędziowania, ale poza boiskiem, w wolnej chwili świetny chłopak. Wie, jaką ma pracę wykonać, co ma zrobić na boisku i to nie ma znaczenia, że my się osobiście lubimy: akurat z Leo czasem wysyłamy sobie wiadomości po meczach. On wie, że pewne rzeczy robi źle i za nie przeprasza, ale to jest jego zadanie. Wydaje mi się, że te relacje, które udało mi się zbudować z niektórymi zawodnikami pozwoliły mi się stać lepszym sędzią. Ja rozumiem, że to co oni robią, nie jest złośliwe, to po prostu ich zadanie na boisku. Higuaín to też zawodnik, który przyjechał z pewnymi oczekiwaniami, że będzie traktowany jako gwiazda, natomiast nie łączyło się to z jego wynikami na boisku. Mam nadzieję, że w tym roku będzie miał lepszy sezon, bo jest światowej klasy graczem.

 

KP: Muszę wspomnieć o jednym zawodniku, bo akurat w jego przypadku my toczymy dosyć długie i zacięte dyskusje – Diego Chara. My obserwując go z boku, mamy jasne i klarowne zdanie. Jeśli jest w twojej drużynie to go uwielbiasz, jeśli grasz przeciwko niemu to jest katastrofa. To jest niesamowity przypadek gościa, który gra w sposób bardzo specyficzny, ale on tych żółtych kartek nie dostaje wcale aż tak dużo.

RS: No nie dostaje, dlatego że on dokładnie wie, co na tym boisku ma robić. Dokładnie zdaje sobie sprawę, jakie jest jego zadanie. Jest defensywnym pomocnikiem, jest człowiekiem, który musi rozbijać akcje i jest człowiekiem, który to robi z uśmiechem na ustach. Jego uśmiech jest naprawdę szczególny, za każdym razem, kiedy on coś wykona jest z tego zadowolony. To nie jest człowiek złośliwy, on nie kpi z przeciwnika czy sędziego, tylko wykonuje swoje zadanie. Ja też go bardzo lubię, bo to nie jest gracz, który kiedykolwiek przychodzi z pretensjami do sędziego, a jeżeli już, to bardzo rzadko. Tak jak dałem przykład Gonzalo Higuaína: on często podchodzi i krytykuje decyzje sędziego, tak Diego Chara praktycznie nigdy. On zdaje sobie sprawę, że miał to zrobić, jeśli zostanie za to ukarany to zostanie ukarany i gra bardzo siłowo, bardzo twardo, ale rzadko gra brzydko. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doprowadził do jakiejś kontuzji przeciwnika. Uważam, że tacy piłkarze też są potrzebni i tak jak mówisz, lepiej mieć takiego gracza u siebie w drużynie, niż przeciwko sobie.

KP: Pracujesz w MLS dosyć długo i jesteś naocznym świadkiem zmian, jakie w niej zachodzą, jak wielu Polaków dołącza do tej ligi. Czy wydaje Ci się, że w ciągu najbliższych kilku lat, ta liga będzie jeszcze mocniejsza? Jakie są twoje obserwacje, na przestrzeni tych ostatnich paru lat.

RS: Myślę, że ta liga z roku na rok robi się coraz mocniejsza, z roku na rok się wzmacnia. Zawodnicy, którzy przychodzą z roku na rok są coraz mocniejsi. Właściciele odeszli wreszcie od zatrudniania zawodników starszych wiekowo z wielkim CV, którzy, skoro grali w Europie to teraz będą świetni w MLS. Chyba Higuaín jest może jednym z ostatnich takich graczy sprowadzonych, żeby sprzedawać bilety w Miami, bo to nowa drużyna, zobaczymy też co będzie z Douglasem Costą, który podpisał teraz kontrakt z LA Galaxy. Ale to już są zawodnicy, którzy nie przyjeżdżają w wieku 35 czy 36 lat, to są zawodnicy, którzy mają 30/31 i wydaje mi się, że ¾ lig na świecie z chęcią przyjęłoby takich zawodników do swoich rozgrywek. To są nadal nazwiska i to jest dalej jakość. Kolejnym przykładem jest choćby Giovinco, który próbował się ponownie do tej ligi wrócić w Toronto, ale z różnych powodów mu się nie udało. Ta liga się rozwija, a nastawienie jest na sprowadzanie młodych zawodników, którzy mają ambicje grać w najsilniejszych ligach na świecie i dla wielu z tych zawodników jest to odskocznia, żeby się pokazać, żeby otrzymać ten spotlight i ten exposure na siebie i swoje umiejętności, i jeżeli jesteś w tej lidze dobry to dostaniesz angaż w jakiejś lepszej.

Również, jeśli chodzi o naszych polskich zawodników. Przykład Przemka Frankowskiego: wieszano na nim psy, kiedy przyjechał do Chicago, mówiono, że rozmienia się na drobne i pojechał za kasą. Chłopak pograł trzy lata w Chicago Fire i teraz świetnie gra we Francji. Ja się bardzo z tego cieszę, bo uważam, że taka droga, którą przeszedł Frankowski, jest dużo logiczniejsza. Droga, na której jest teraz Buksa, na której będą następni zawodnicy. Dużo logiczniej jest wejść na ten poziom MLS, który jest zdecydowanie wyższy niż ligi polskiej czy jakiejś podrzędnej ligi w Europie, a potem wskoczyć na jeszcze wyższy poziom, bo MLS hartuje, MLS dużo uczy, niż tak jak na przykład Tymek Puchacz, który z ligi polskiej wskoczył do niemieckiej no i niestety, teraz musiał zrobić krok w tył, żeby grać w Turcji. Oczywiście życzę mu jak najlepiej, ale czy nie lepiej było wskoczyć do jakiejś ligi, powiedzmy, trochę gorszej po to, żeby się potem wybić do tej lepszej? Po to, żeby być tak jak Adaś Buksa, za którego teraz, czy liga włoska, czy francuska wysyła milionowe oferty do New England Revolution, tylko po to, żeby go wykupić. On się sprzedał, on się pokazał, dostał się do reprezentacji i to są te efekty. Wydaje mi się, że nie umniejszając oczywiście pracy, jaką wykonują Ci gracze, miejsce, w którym grają, też odgrywa jakąś tam rolę.

KP: A kto z piłkarzy MLS, których obserwowałeś, którym sędziowałeś spotkania, zrobił na Tobie największe wrażenie? Tak czysto piłkarsko?
RS: Wcześniej to był Diego Valeri z Portland Timbers. Uważam, że Sebastián Blanco to świetny zawodnik, strasznie charakterny. Carles Gil z NE Revolution to jest grajek na zupełnie innym poziomie, ale on też doświadczył wielu lig, grał w wielu miejscach i nie ma ochoty się ruszać z MLS, dlatego, że jest to miejsce, gdzie on może grać swoje, wreszcie może być sobą. To są zawodnicy, którzy grali gdzieś wcześniej, po czym przyjechali do MLS i osiągnęli wielki sukces. W zeszłym roku oczywiście Tajon Buchanan, Kanadyjczyk, który grał z Adasiem Buksą, był na zupełnie innym poziomie. To jest młody chłopak, on jeszcze będzie miał te swoje ups and downs (wzloty i upadki), bo jest po prostu jeszcze młody. Trochę za bardzo wierzy jeszcze w swoje naturalne umiejętności. Na pewno ma ten flair, ale brakuje mu poparcia tego ciężką pracą. Bardzo się cieszę, że Adaś Buksa osiąga tutaj super sukces, bo jest to chłopak, który ma naturalny talent i ciężko pracuje, ale nie pozwala sobie na to by, talent był wystarczający tylko dalej nad tym pracuje. Trzymam kciuki za wszystkich chłopaków. Mam nadzieję, że Jarka Niezgodę zaczną w końcu omijać kontuzje, bo wydaje mi się, że ma papiery na granie i jak już gra na swoim poziomie, to wnosi dużo do drużyny, więc mam nadzieję, że mu się powiedzie. Bardzo ciekawie gra Patryk Klimala w Nowym Jorku, to rodzaj zawodnika, którego ja nazywam „bezczelnym”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. On uważa, że każdego obrońcę może przejść, że w każdej sytuacji może strzelić bramkę, ale też nie jest samolubny, gra dla drużyny. Ta jego bezczelność na boisku zajebiście mi się podoba, bo uważam, że taki właśnie powinien być napastnik. Powinien wierzyć, że jest w stanie osiągnąć poziom nieporównywalny z innymi.
 
KP: Skoro mowa o najzdolniejszych, zostałeś najlepszym sędzią poprzedniego sezonu…
RS: Dziękuję, ale zostałem wybrany najlepszym, to czy jestem najlepszy…
 
KP: Gdyby wybierały to osoby z przypadku, można byłoby to uznać za taki sobie wybór, ale tutaj faktycznie wybierają osoby, które mają bardzo dużą wiedzę, to jest to wyróżnienie adekwatne. I należy tutaj składać gratulacje. Powiedz mi, jak bardzo żałujesz tego, że nie udało Ci się sędziować w play-offach i zapewne tego finału?

RS: Z tygodnia na tydzień coraz mniej. Początki były bardzo ciężkie, nie było to przyjemne. Kontuzji się nie wybiera. Oczywiście żadnej gwarancji nie było, że to ja bym ten finał sędziował, bo nie zawsze jest gwarantowane, że sędzia roku będzie sędzią finału. No na pewno uciekła jakaś szansa, ale ja lubię patrzeć na to wszystko z góry: na całą moją karierę, na to co ja robię, kim jestem. Na pewno pewien niedosyt jest, ale nauczyłem się już od jakiegoś czasu, żeby nie martwić się tym ostatnim meczem sezonu, tylko cieszyć się całym sezonem. It’s about the road, not the destination. Trzeba po prostu cieszyć się każdym kolejnym meczem, trzeba się cieszyć tym, że mecz został posędziowany dobrze, że jestem doceniany przez swoich bossów, że jestem doceniany przez trenerów, przez zawodników. Niedosyt jest, ale ogólne zadowolenie z tego, co osiągnąłem, z tego, że jestem sędzią w tej lidze i że jestem lubiany, szanowany, czy doceniany jest moim zdaniem dużo ważniejsze niż to, czy uda się jeszcze jakiś mecz zrobić w play-offach.

 
KP: Sędziowałeś wiele ważnych meczów, m.in. MLS All-Star, zostałeś sędzią roku. Czy masz jeszcze jakieś piłkarskie i sędziowskie marzenie? Czy raczej podchodzisz do tego na zasadzie: „Posędziowałem jeden dobry mecz, za chwilę czeka mnie kolejne wyzwanie” i skupiasz się na tych małych celach, czy masz jakieś takie jedno, duże marzenie?
RS: Nie mam konkretnego marzenia. Wydaje mi się, że najważniejsze jest utrzymywanie się na topie, w formie, obecność w grupie najlepszych sędziów w Ameryce Północnej. To jest mój cel. Dodatkowo dzielenie się wiedzą z młodszymi sędziami uważam za coś, w czym się naprawdę spełniam.
 

Autor: Kasia Przepiórka

Redaktor Naczelna | Nie śpię po nocach, bo oglądam piłkę nożną... w USA, a za dnia o tym piszę. Z soccerem na dobre i na złe, od reprezentacji, przez MLS czy USL, aż do ligi uniwersyteckiej. Wbrew pozorom nie jestem szalona, zaglądam też na europejskie boiska (nie tylko w poszukiwaniu młodych talentów nadających się do reprezentacji USA). P.S. To prawda.

Zobacz również

Adam Buksa – analiza ligowych goli w sezonie 2022

Cztery bramki (najwięcej w zespole) w tym sezonie MLS zdobył nasz reprezentant Adam Buksa grający ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.